Odcinek 10

ANIONHASEJO.

Dziś zamieniliśmy czas z letniego na zimowy. Nawet sobie nie wyobrażacie mojego szczęścia, gdy dowiedziałam się, że mam godzinę więcej! Wczoraj znów zawaliłam sprawę. Miałam tyyyyyyle zrobić, a i tak skończyło się na popołudniowym spaniu. Zawsze gdy mam dużo do zrobienia, po prostu kładę się spać.
A dziś cierpię, bo muszę zrobić w kilka godzin to, co miałam zrobić w trzy dni weekendu.

***

Prędko rozsunąłem drzwi prowadzące do domu i wślizgnąłem się do salonu. Zabawa wciąż trwała w najlepsze. Wokół działo się tak wiele, że nie wiedziałem nawet, gdzie powinienem iść. W głowie wirowały mi głośna muzyka, kolorowe światła, miliardy zmieszanych w powietrzu zapachów perfum i jedzenia.
Było tak duszno, że kropelki potu niemal od razu pojawiły się na moich skroniach.
Z każdej strony droga była zablokowana przez tańczących nastolatków.
Nie zważając na ich obraźliwe uwagi, drżący z nerwów zacząłem przeciskać się między gośćmi imprezy. Wiedziałem, że muszę się pospieszyć.
Zatrzymałem się kilka kroków od miejsca zbrodni. Poczułem zimny napływ powietrza, więc odwróciłem głowę.
Przy wejściu na ogród stała Haneul i nieco wyższy od niej chłopak.
Zbadałem uważnie jego twarz. Mimo, że w pokoju panował półmrok, a kolorowe światła sprawiały, że miałem problem z odróżnieniem, co jest efektem wizualnym, a co rzeczywistością, od razu poznałem te rysy. Bez wątpienia był to Oh Sehun. Poznałem go po gładkich, brązowych włosach oraz charakterystycznej posrebrzanej broszce, którą codziennie nosił z dumą na piersi. Przedstawiała ona smoka ziejącego ogniem.
Jeżeli chodziło o nasze stosunki, powiedzenie „dzieciaki z Dickensa i Arts School nie lubią się za bardzo”, sprawdzało się w praktyce.
Po raz pierwszy spotkaliśmy się gimnazjum. Trafiliśmy do jednej grupy w teatrze.
Na początku było zabawnie. Lubiłem go. Nieźle się dogadywaliśmy.
Słuchaliśmy tej samej muzyki, mieliśmy mnóstwo wspólnych znajomych. Czasem też narzekaliśmy, że jesteśmy zamknięci w jednym kręgu towarzyskim i po warsztatach szliśmy na miasto, by poznać kogoś nowego.
Kogoś, kto nie nazywa się na siłę „artystą”.
Kogoś, kto nie przytaknie na każde twoje słowo, po czym zacznie nawijać o tym, że kilka dni temu był na wystawie Moneta w Paryżu, by udowodnić, że stać go na to bardziej od ciebie.
Moje życie nie było tylko teatrem.
Nie miałem fioła na punkcie obrazów czy muzyki klasycznej, nie łączyłem wszystkiego, co znam, z kulturą wysoką.
Uwielbiałem komercyjne kawałki, które nieznośnie wpadały w ucho na długi czas i górnolotne dramy o miłości.
Jeżeli chodzi o zajęcia dla „elity”, jedyne, co lubiłem, to grać.
Nie zależało mi tak bardzo jak innym, by nazywano mnie „artystą”. Po prostu odwalałem swoją robotę najlepiej jak potrafiłem.
Moja znajomość z Sehunem zapowiadała się naprawdę dobrze. Wpadliśmy nawet na pomysł, by pójść razem do liceum.
…I właśnie wtedy wszystko zaczęło się sypać.
Słabo napisałem egzaminy wstępne. Na przesłuchaniu komisja była wniebowzięta. Gotowa nawet ominąć dla mnie przepisy, bym znalazł się w tej szkole. Uważali, że żadna inna placówka nie jest w stanie wyprowadzić mnie na prostą z taką łatwością jak Arts School.
Ale po krótkim czasie okazało się, że niepotrzebnie robili mi nadzieję.
Zobaczywszy w skrzynce na listy charakterystyczną błękitną kopertę, byłem pewien, że zostałem przyjęty.
I słusznie. Wytłuszczonym drukiem napisane było „Park Chanyeol został przyjęty do Arts School”.
Kilka linijek niżej, mniejszymi literami podano miesięczny koszt nauki, na który… nie było mnie stać.
W ten sposób trafiłem do Dickensa.
Czasem wydawało mi się, że dobrze się stało. Nie wytrzymałbym w gronie tak zaciętych ludzi, którzy nie potrafią sobie zaufać.
Za każdym razem, gdy spotykałem Sehuna na warsztatach, coraz bardziej się zmieniał. Inaczej się ubierał, mówił, zachowywał.
Po trzech latach znajomości, nagle staliśmy się sobie obcy. Nie umieliśmy, a nawet nie chcieliśmy, zamienić chociażby pół słowa.
Niegdyś nasza grupa teatralna była jak rodzina. Kilka miesięcy po rozpoczęciu nauki w pierwszej klasie liceum, rozpadła się.
Sehun z miłego i dobrego dzieciaka, stał się idiotą z podwyższonym ego, który myśli, że jest lepszy od innych tylko dlatego, że uczy się w najbardziej obiecującej szkole artystycznej w naszym mieście.
Nagle Haneul i Sehun zniknęli mi z pola widzenia. Panicznym wzrokiem zacząłem błądzić po twarzach imprezowiczów. Nigdzie ich nie było.
Nigdzie.

Nigdzie.

Dosłownie nigdzie.

Boże, błagam… Jeżeli ona zniknie, nie wiem, kiedy spotkam ją następnym razem” – pomyślałem.
Musiałem się pospieszyć. Zacząłem biec, obijając się o obce mi osoby, kiedy przede mną pojawiła się twarz Krisa. Zatrzymałem się i już chciałem wyminąć, gdy zatrzymał mnie jednym ruchem dłoni.
- Wszystko okej? Zachowujesz się jak jakiś wariat… wszyscy się gapią – syknął blondyn. Ale nie interesowało mnie to, co miał do powiedzenia. Wspiąłem się na palce i zacząłem spoglądać przez jego ramię w nadziei, że zauważę tę dwójkę.
Instynkt podpowiadał mi, że Haneul i Sehun byli naprawdę blisko.
- Chanyeol – przyjaciel na darmo starał się zdobyć moją uwagę.
- Kris, nie teraz… – położyłem ręce na jego ramionach, by złapać równowagę.
- Możesz mi wytłumaczyć co ty wyprawiasz? – chłopak strzepnął moje dłonie leniwym ruchem. Znów stanąłem na całych stopach.
- Szukam Haneul. Jest z Sehunem.
Miałem nadzieję, że moje spojrzenie mniej więcej nakieruje go na właściwy tor myślenia.
- Tym Sehunem?! – ożywił się po chwili. Przytaknąłem. – Myślisz, że to dlatego, że wie, że ją lubisz?
- Boże, nie wiem. Całą imprezę ją ścigam, a teraz ona prawdopodobnie zmierza do wyjścia – wskazałem otwartą dłonią na drzwi.
W tym samym momencie wyłonili się z tłumu.
- Widzę ich! – wrzasnąłem prędko, zaciskając ręce na koszulce Krisa. Przygotowałem się, by przeciąć wszystkich stojących mi na drodze.
- No to leć!  - blondyn wypchnął mnie przed siebie.
Przez cały czas powtarzałem niedbale, z powinności „przepraszam; wybaczcie, spieszę się”. Nie mogłem tym razem spuścić z nich wzroku nawet na chwilę.
- Haneul! – zawołałem, ale muzyka mnie zagłuszyła. Dziewczyna szurała po podłodze ze spuszczoną głową. Wtedy zauważyłem, że trzyma Sehuna za rękę.
Nagle cała impreza – muzyka, jaskrawe światła, zapach dymu i alkoholu – zniknęły. Ogarnął mnie niewyobrażalny szok, smutek, rozczarowanie. Wreszcie ciemność.
Jakby coś mocno uderzyło mnie w głowę. Kąciki moich ust zamieniły się w podkowę, a oczy zaczęły nieznośnie piec. Przetarłem je rękawem i odszedłem, dając sobie spokój.
Usiadłem na schodach ze skrzyżowanymi nogami i oparłem policzek o lodowatą ścianę. W mojej głowie krążyły przekleństwa i nieuporządkowane myśli. To wszystko było tak skomplikowane, że aż sam się w tym gubiłem.
Chciałem wrócić już do domu.
Gdybym wiedział, że tak się to potoczy, nie obiecywałbym Krisowi, że na niego poczekam.
Cały czas ktoś poruszał się między poziomami domu. Właściwie można by stwierdzić, że bezczelnie taranowałem przejście.
- Chan! – poczułem, że ktoś się nade mną zatrzymuje. Podniosłem głowę i zobaczyłem siostrę Luhana, moją Julię z teatru. – Szukałeś mnie – usiadła obok, kompletnie blokując schody i podała mi szklankę z sokiem grejpfrutowym. – Coś się stało? Dlaczego się nie bawisz?
- Hmmm… – spojrzałem na różowy płyn. – Chciałem zapytać cię o poradę, ale już nie trzeba – zatoczyłem okrąg naczyniem i podniosłem je do ust.
- Jaką poradę?! – ożywiła się. – To dotyczy twojej nowej Julii?!
- Kris ci powiedział? – zapytałem. Doskonale wiedziałem, że to on. Zawsze był taką paplą. Nie zdziwiłbym się, gdyby większość imprezowiczów myślała, że mamy już wyznaczoną datę ślubu. Kris bardzo lubił przesadzać.
- Uhum – przytaknęła, na co zaśmiałem się krótko.
- Ale i tak to już jest nieaktualne – westchnąłem.
- Jak to? – dziewczyna zmarszczyła brwi. Wzruszyłem niedbale ramionami. Gdybym sam to wiedział, może nie byłbym w tak beznadziejnym stanie. – Chanyeol! – Nana naparła na moje ramię, sprawiając, że moja ręka się zachwiała, a sok zamoczył dywan oraz moją koszulkę.
- No powiedz mi! – wymamrotała, coraz mocniej naciskając na moją rękę.
- Nana! – wyswobodziłem się z jej objęcia, wytrzeszczając oczy, na co odpowiedziała mi gromkim śmiechem. – No, ja nie wiem dlaczego tak ci wesoło! Zobacz, co zrobiłaś! – naciągnąłem materiał pasiastej koszulki i wskazałem palcem ogromną mokrą plamę.
- Sorry – wydyszała, nadal nie mogąc się uspokoić. – Wyschnie!
- Omooo, noo. Napraw to! – jęknąłem płaczliwym tonem. Uczucie klejącego soku na skórze wcale mi się nie podobało.
- Poczekaj, przyniosę ci jakąś koszulkę na zmianę – dziewczyna wstała i prędko pobiegła na pierwsze piętro, nadal parskając co jakiś czas śmiechem.
- Boże, to dziecko… – zacząłem szacować straty, gdy nagle obok mnie usiadła kolejna drobna osóbka.
Poczułem się jak na speed datingu, gdzie co pięć minut przysiada się do ciebie inna osoba.
Podniosłem wzrok i zobaczyłem krótkowłosą dziewczynę, wpatrującą się w ogromną plamę na moim ubraniu. Nagle cała moja złość, wszystkie nerwy i negatywne uczucia ulotniły się w atmosferze.
- Niefajnie – stwierdziła bez wyrazu.
Przytaknąłem, łamiąc swoje przyrzeczenie o tym, że będę ignorował ją tak samo jak ona mnie.
Zacisnąłem usta i spuściłem głowę.
- Nie poszłaś jeszcze do domu? – wymamrotałem pod nosem, cicho mając nadzieję, że mnie nie usłyszy.
- Nie, mój znajomy poszedł. Chciałam jeszcze zostać. Później wrócę… czymś tam. Na pewno jest jakiś środek komunikacji, który pomoże mi dotrzeć do centrum – odparła. – Jesteś nieswój – zauważyła po chwili, starając się odgadnąć mój wyraz twarzy.
- Nie, to… zmęczenie – odparłem szybko.
- Ach! Mi też chce się strasznie spać. Najchętniej znalazłabym sobie mały kąt, gdzie nikt mnie nie znajdzie i bym zasnęła – uśmiechnęła się. – Jak myślisz, jest zimno na dworze? – spojrzała na mnie kantem oka.
- A dlaczego pytasz? – poczułem w żyłach dziwny niepokój.
- Wydawało mi się, że spotkaliśmy się przed chwilą na zewnątrz – w jej oczach widziałem iskierki. Doskonale wiedziałem, do czego zmierza.
- Na ogrodzie? Kiedy? – zacząłem zaprzeczać.
- Chanyeol, twój wzrost cię zdradza – oznajmiła z pobłażaniem w głosie.
- O, o… no chyba że tak… to był przypadek. Nic zamierzonego, serio…
- W porządku – odparła, wchodząc mi w słowo.
Zapadła między nami cisza. Uśmiechnąłem się do niej lekko, ale po chwili moja twarz znów stała się niewyraźna. Przecież miała chłopaka.
Spuściłem głowę i zacząłem patrzeć na swoje ręce.
- Haneul, chodzisz z Sehunem, prawda? – zapytałem po chwili zastanowienia.
Bałem się na nią spojrzeć. Bałem się dowiedzieć, w jaki sposób na mnie patrzy, jaką ma minę.
Kantem oka zauważyłem jak pociąga nogi pod brodę i opiera policzek o kolana, zwracając twarz w moją stronę.
- I tak, i nie – westchnęła smutno.